Kroniki TOPR - Kroniki 1970

Po wyjątkowo pracowitej zimie 1968/69 - tego roczny sezon nie należał do ciężkich. Wyprawy ratownicze miały przebieg prosty, nie zanotowano ani jednego wypadku śmiertelnego. Niewątpliwy wpływ na taki stan rzeczy miała aura tatrzańska, wyjątkowo niesprzyjająca poczynaniom taternickim. Natomiast na warunki śniegowe nie mogli narzekać narciarze. Mimo że pierwsza część zimy była raczej bezśnieżna, późniejsze opady wynagrodziły sowicie styczniowe braki.
Do połowy maja warunki narciarskie były doskonałe. Toteż sezon zimowy zamknęli ratownicy imponującą cyfrą 383 wypadków narciarskich (w porównaniu z ub. sezonem o 141 więcej). Przyczyną tego gwałtownego zwiększenia się ilości kontuzji był nowy wyciąg narciarski z Goryczkowej o mocy przewozowej 600-700 pasażerów na godzinę. Tak więc w marcu i kwietniu przez Kasprowy przewijało się ok. 7000 turystów dziennie (kolejka i wyciąg), z czego niewątpliwie 90°/o stanowili narciarze.

Tłok na trasach narciarskich i nie zawsze ostrożna jazda, w połączeniu z "szybkimi" nartami, były przyczyną groźnych w skutkach zderzeń. Kontuzje w wyniku zderzeń z reguły są poważne urazy głowy, skomplikowane złamania kończyn, urazy kręgosłupa. Przeważnie też większe obrażenia odnosi uderzony, a nie uderzający sprawca wypadku. Opracowany przez PZN narciarski "Savoir vivre", który - notabene - nie ukazał się w ogóle w popularnej sprzedaży, nie zmienił istniejącego stanu rzeczy. Zachodzi zdecydowana potrzeba uregulowania ruchu narciarskiego za pośrednictwem kodeksu narciarskiego posiadającego moc prawną. Apelowanie do kultury jeżdżących niestety trafia w próżnię.

Główne nasilenie wypadków narciarskich przypada na godziny popołudniowe (zmęczenie, zmiana warunków śniegowych). Ciekawe, że najmniej wypadków zdarza się przy zdecydowanie złych warunkach (mgła, oblodzenie). Narciarze jeżdżą wtedy ostrożnie. Najwięcej - przy dobrej widoczności i świetnych warunkach śniegowych. Warto tu dodać, że wyjątkowo częste w tym roku halne wiatry powodowały częste przestoje kolejki linowej i wyciągów na Kasprowy. W te dnie ruch narciarski był znikomy, co także zmniejszało ilość kontuzji. Groźnie na przykład zapowiadały się święta wielkanocne. W Wielki Piątek zwieziono z Kasprowego 11 kontuzjowanych, w Wielką Sobotę 9, mimo że kolejka kursowała tylko do 14. Przez oba dni świąt kolejka nie kursowała, nie zanotowano też ani jednej poważnej interwencji.


A oto ciekawsze wyprawy:

30 I 1970 - 23-letni Andrzej S. z Zabrza wybrał się samotnie z Doliny Pięciu Stawów przez Zawrat na Halę Gąsienicową. Na skutek ciemności i złych warunków śniegowych pomylił - prawdopodobnie - drogę i zaczął schodzić z gra-ni żlebem spadającym ze Zmarzłej Przełęczy Wyżniej. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów bardzo stromego żlebu, pośliznął się i spadł do wylotu żlebu, doznając złamania podudzia prawej nogi, okaleczeń głowy i innych potłuczeń. Po odzyskaniu przytomności (?) spędził noc w jamie śnieżnej, a nad ranem zaczął się czołgać w kierunku Zmarzłego Stawu. Tam znaleźli go ratownicy, którzy już w nocy wszczęli poszukiwania. Noc spędzona w górach przyczyniła się do poważnego odmrożenia stopy złamanej nogi. Wypadek ten mógł mieć tragiczny finał.

9 II - Z Polany Wiktorówki ratownicy zwieźli chorego księdza, który dostał ostrego ataku korzonków nerwowych. Ze względu na silny ból transport był bardzo mozolny.

13 II - Bardzo groźnie zapowiadała się akcja w Jaskini "Dudnica", gdzie na skutek uszkodzenia aparatu nurkowego między syfonami pozostał grotołaz, 21-let-ni Krzysztof G. z Gliwic. Jednakże butla z tlenem dostarczona szybko utkniętemu spowodowała, że Krzysztof G. o własnych siłach wydostał się z opresji.

16 II - z progu Hali pod Mnichem zeszła lawina śnieżna, porywając 11 taterników podchodzących do góry tym właśnie żlebem. Lawina wyrzuciła wszystkich na taflę jeziora - całych i zdrowych. Tak więc blisko 300-metrowy lot w lawinie miał finał wyjątkowo szczęśliwy, gdyż jedyną kontuzję odniósł turysta niemiecki, 22-letni Michael Dietrich, kalecząc sobie udo czekanem.

16 III - Krótko trwały poszukiwania trzech taterników z Krakowa, którzy nie powrócili z grani Czerwonych Wierchów o umówionej porze. Złe warunki śniegowe sprawiły, że dopiero o godzinie 21,30 Andrzej Z., Władysław B i Józef G. zjawili się na Kasprowym.

20 III i 10 IV - Ratownicy transportowali kontuzjowanych narciarza którzy uległ wypadkowi w Dolinie Pięciu Stawów Polskich.

19 IV - Ratownicy wezwani zostali do Morskiego Oka, gdzie lawina śnieżna zniosła czterech taterników, wspinających się na lodospadach na progu Czarnego Stawu. Jedna osoba została lekko kontuzjowana.
W tym samym dniu, ok. godziny 14, tysiące narciarzy usłyszało w Kotle Goryczkowym huk, podobny do potężnego grzmotu. Kolosalnych rozmiarów lawina śnieżna zsunęła się z Pośredniego Goryczkowego i przewaliła przez kocioł i tzw. "szyjkę", stanowiącą odcinek trasy zjazdowej. Ze względu na wyjątkowy ruch narciarski w tym rejonie oraz możliwość, że ktoś został zagarnięty przez masy śniegu, ratownicy GOPR prowadzili intensywne poszukiwania na lawinisku do godzin popołudniowych dnia następnego, a więc do chwili, gdy wszystkie meldunki o zaginięciu narciarzy zostały ostatecznie wyjaśnione.
Lawina miała około 800 metrów długości, a jej obryw sięgał 700 metrów. Masy śniegu tworzące miejscami malownicze tunele i ściany sięgały grubości 8 metrów. Tak kolosalnej lawiny nie pamięta nikt w tym rejonie. Na szczęście masy śniegu zsuwały się bardzo wolno, co pozwoliło uciec narciarzom. niemniej fakt, że w tym wyjątkowym ruchu panującym w Kotle i w "szyjce", lawina nie zagarnęła nikogo - jest wprost nieprawdopodobny.


Pomimo wyjątkowego ruchu turystycznego i taternickiego w Tatrach w lecie 1970 r, oraz nie najlepszych warunków i pogody, należy stwierdzić poprawę w zachowaniu zasad bezpieczeństwa. Wyraziło się to w mniejszej aniżeli w latach ubiegłych liczbie nieszczęśliwych wypadków. Być może na ten stan rzeczy wpłynęła szeroko zakrojona akcja profilaktyczna, prowadzona przez ratowników GOPR, za pośrednictwem ciekawych plansz, doskonałych zdjęć i wymownych cyfr, eksponowanych w najbardziej ruchliwych punktach turystycznych. Na podkreślenie zasługuje też ulotka-folder, wydana przez Grupę Tatrzańską GOPR z funduszu prewencyjnego PZU, bezpłatnie rozdawana turystom, podająca przyczyny najczęstszych wypadków turystycznych w Tatrach.

Nie zanotowano ani jednego nieszczęśliwego wypadku w rejonie Giewontu. Na wiosnę Giewont został "zabezpieczony" tablicami ostrzegającymi oraz planszami ilustrującymi smutną historię tego najpopularniejszego szczytu tatrzańskiego. Biorąc pod uwagę, że w pogodne dni przez wierzchołek Giewontu przewijało się ok. 1500 turystów dziennie, brak wypadków skłania do optymizmu.

Ruch taternicki i jaskiniowy cechuje ogromna żywotność i - niestety - rażące braki w podstawowym wyszkoleniu młodych kadr. Istnieje zatem bezwzględna potrzeba zorganizowania centralnego szkolenia taterników, opartego na zasadach dawnej Szkoły Taternictwa. Młodych, niedoszkolonych taterników spotyka się często na drogach znacznie przewyższających ich umiejętności. Moda "szybkich" zespołów, polegająca na poruszaniu się z minimalnym obciążeniem, pozwala w optymalnych warunkach nawet na bicie rekordów, niemniej w razie najmniejszego nawet wypadku czy załamania pogody zespół jest absolutnie bezradny. Tegoroczne wypadki taternickie zarówno na powierzchni, jak i w jaskiniach - jakkolwiek nieliczne - pociągnęły za sobą niezmiernie trudne akcje ratownicze.


Okres wiosenno-letni 1970 r. rozpoczęła 3. V. wyprawa do najtrudniejszej jaskini tatrzańskiej - Jaskini nad Kotlinami, stanowiącej część systemu Wielkiej Śnieżnej. Czwórka grotołazów weszła z zamiarem dotarcia na dno tej jaskini, (-980 m).
W drodze powrotnej, po osiągnięciu dna, jeden z grotołazów - 23-letni Witold Szywała z Gliwic - zaczął słabnąć. Moment krytyczny nastąpił podczas wychodzenia na pętlach na głębokości ok. 330 m. Szywała przestał reagować na polecenia towarzyszy i stracił przytomność.
Wypadek nastąpił 6 maja ok. godz. 14.
O wypadku powiadomił GOPR jeden z uczestników wyprawy, 23-letni Adam N. z Katowic, który samotnie wyszedł z jaskini. Według jego relacji pozostali uczestnicy wyprawy, 18-letni Jacek S. z Zakopanego i 19-letni Marek Z. z Zabrza, opuścili osłabłego na dno studni i znajdują się przy nim.
Dotarcie do miejsca wypadku przedłużyła kontuzja Chrystiana P. z Zakopanego, który wszedł do jaskini w pierwszej dwójce ratowniczej, z zamiarem dotarcia do osłabionego Szywały. Chrystian P. użył do zjazdu w jednej że studni starej liny, która zerwała się. Spadł on ki1ka metrów, łamiąc nogę.
Ratownicy, którzy w 26 godzin od meldunku dotarli nad studnię, zastali -niestety - sytuację inną, niż przedstawił Adam N., Szywała wisiał na linie w strumieniu wody, mniej więcej w połowie 70-metrowej studni, a jego towarzysze znajdowali się powyżej. Ich zdaniem brak światła uniemożliwiał znalezienie liny pozostawionej przez Adama N., a tym samym opuszczenie Szywały na dno studni.
Tymczasem na powierzchni nastąpiło gwałtowne ocieplenie i zaczął padać deszcz, do jaskini poczęły wdzierać się ogromne ilości wody, grożąc wyprawie odcięciem od powierzchni.
Próby wyciągnięcia Szywały nie powiodły się. Jak się okazało na końcu liny, po której wychodził Szywała, uwiązany został plecak, który zaklinował się w skałach, uniemożliwiając manipulacje liną.
Ponieważ nie istniały szanse, że Szywała żyje, a w razie zjazdu do zwłok powrót do góry przez wodospad byłby bardzo problematyczny, podjęta została przez kierownictwo wyprawy niełatwa decyzja pozostawienia zwłok. Na decyzję tę wpłynęły nie tylko wyjątkowo niebezpieczne warunki panujące w jaskini, pogarszające się z godziny na godzinę, lecz również kompletne wyczerpanie pozostałych uczestników wyprawy.
Istniała druga możliwość, prowadzenia akcji przez Jaskinię Śnieżną, łączącą się na głębokości 550 m z Kotlinami, jednakże próby odkopania otworu Śnieżnej udowodniły, że warstwa lodu i śniegu zalegająca wlot wynosi ok. 40 m i jedyna droga odwrotu wyprawy prowadzona może być drogą wejściową.
W dniu 8 maja w godzinach rannych wydobyci zostali na powierzchnię dwaj uratowani grotołazi. W tym samym dniu o godz. 16 zakończona została pierwsza część tej niezwykle trudnej i wyczerpującej akcji ratowniczej.
Akcję wydobycia ciała Szywały zaplanowano na lipiec 1970 r. Ostateczną wyprawę poprzedziły dwie: rekonesansowa (15 czerwca) oraz mająca na celu zabezpieczenie zwłok (25 czerwca). Równocześnie trwały żmudne prace, mające na celu odkopanie otworu Jaskini Śnieżnej, ustalono bowiem, że akcja tędy będzie prowadzona. Jednocześnie kierownictwo Grupy Tatrzańskiej GOPR czyniło intensywne starania o uzupełnienie sprzętu i ekwipunku jaskiniowego, kompletnie zniszczonego w czasie pierwszej wyprawy. Wiadomo było, że te niezwykle trudne poczynania wymagać będą dokładnego przygotowania całej akcji oraz dużej ilości sprzętu. Na ten cel przeznaczona została dotacja GKKFiT.
Ostateczny termin akcji wyznaczono na dzień 14 lipca. Termin ten poprzedził bezdeszczowy okres w Tatrach, co gwarantowało niski stan wody pod ziemią. Niestety w momencie wchodzenia I zespołu do Jaskini nad Kotlinami zaczął padać deszcz, który padał nieprzerwanie do 19 lipca, utrudniając wszystkie poczynania.
Wyprawa przeprowadzona została w sposób następujący: grupa I (6 ratowników), kierowana przez E. Strzebońskiego, weszła do Jaskini nad Kotlinami. Jej zadaniem było dotarcie do zwłok, znajdujących się nad 70-metrową studnią, następnie przeniesienie ich do połączenia z Jaskinią Śnieżną. Tam dalszy transport przejęła
9-osobowa grupa II, kierowana przez W. Gąsienicę Roja I.
Uczestnicy grupy I wyszli z jaskini z pomocą lin poręczowych i wyciągarki (nad Wielką Studnią), założonych i obsługiwanych przez grupę III, kierowaną przed J. Uznańskiego.
Po przetransportowaniu zwłok nad Wielką Studnię na powierzchnię wyszli uczestnicy grupy II, grupa J. Uznańskiego zaś dopomogła w transporcie zwłok do śniegu. Do jaskini weszli K. Byrcyn i M. Szczęsny, pomagając grupie IV (powierzchniowej) w wydobyciu zwłok na powierzchnię. Od śniegu zwłoki przymocowane zostały do liny, której koniec znajdował się już na powierzchni.
W dniu 17 lipca w godzinach rannych zwłoki zaklinowały się w ostatnim zacisku, ok. 25 m od wylotu jaskini. Ze względu na zupełne przemoczenie i wyczerpanie wszystkich uczestników wyprawy (bez przerwy deszcz, powódź na nizinach), akcję przerwano. Po jednodniowym odpoczynku 19 lipca przystąpiono do ostatniej fazy akcji. Strumienie wody roztopiły lód w zacisku tak, że nie trzeba było poszerzać otworu, Transport odbył się szybko i sprawnie. O godz. 14 zwłoki Witolda Szywały znajdowały się na powierzchni.
Ta niewątpliwie bardzo trudna wyprawa nasunęła ratownikom wiele uwag i wniosków odnośnie do sprzętu i wyposażenia osobistego, które okazały się niewystarczające. Przy transporcie największe trudności wystąpiły na odcinku od dna 100-metrowej studni do połączenia ze Śnieżną ("Biwak"). Odcinek ten jest znacznie dłuższy i trudniejszy, niż wynika to z planów i opisów. Ze znacznymi trudnościami połączony był też transport po tzw. płytach oraz wydobycie zwłok nad Wielką Studnię.

A oto inne, ważniejsze wyprawy, przeprowadzone przez Grupę Tatrzańską GOPR,:
29 czerwca - Na Przełęczy Kondrackiej zasłabł turysta, 43-letni Stanisław Szostak z Warszawy. Akcja ratunkowa odbywała się w szalejącej burzy. Niestety przybyły na miejsce wypadku lekarz stwierdził zgon na zawał serca.
W tym samym dniu, schodząc ścieżką z Zawratu do Zmarzłego Stawu, 35-letni Bernard B. z Bytomia pośliznął się na płacie śniegu i obsunął ok. 50 m, doznając poważnych ran ciętych głowy, zmiażdżenia palca, oraz ogólnych potłuczeń. W stanie ciężkim odtransportowano go do szpitala.

9 lipca - Porażeni zostali piorunem 28-letni Leopold Ł. z Krakowa i 28-letnia Lidia S. ze Szczawna Zdroju. W momencie uderzenia pioruna turyści znajdowali się na drodze, wiodącej na Wyżnią Polanę Chochołowską, opodal potoka. Leszek Ł. stracił przytomność i doznał porażenia nóg, jego towarzyszka z poparzonymi rękami dotarła do schroniska, by zawezwać pomoc.

12 lipca - Na Hali Kondratowej "nad Kamieniem" uległ wypadkowi zawodnik narciarski, 24-letni Rafał M. z Zakopanego, który trenował na płacie śniegu. Narciarz przewrócił się i zsunął w kamienie. Z podejrzeniem uszkodzenia miednicy zniesiony został do schroniska skąd samochodem odwieziony do szpitala. - Wypadek narciarski w lipcu jest pewnego: rodzaju ewenementem.

14 lipca - Kobiecy zespół taternicki wybrał się na pn, ścianę Świstowej Czuby. Idąca jako pierwsza 23-letnia Józefa G. z Raniszowa obsunęła się na początku czwartego wyciągu drogi, wyrywając ze stanowiska 18-letnia Annę Gorczycę z Łańcuta. Obie taterniczki spadły do podnóża ściany. Gorczyca poniosła śmierć na miejscu, jej towarzyszkę w stanie bardzo ciężkim odtransportowano do szpitala.

25 lipca - Na ścieżce na Rysy, w czasie przechodzenia stromego płata śniegu, obsunął się 18-letni Jerzy P. z Warszawy. Turysta spadł ok. 300 m, doznając złamania uda i ogólnych obrażeń.

7 sierpnia - Z przełęczy Nowickiego spadła na stronę Dol. Pańszczycy - prawdopodobnie na skutek pośliźnięcia się na stromym piargu - 36-letnia Halina Należniak z Wrocławia. Wypadek usłyszeli wspinający się opodal taternicy - był wśród nich lekarz - którzy natychmiast pospieszyli z pomocą. Niestety Halina Należniak zmarła na skutek poważnych uszkodzeń czaszki oraz licznych obrażeń.

8 sierpnia - Na wschodniej ścianie Mnicha, na skrajnie trudnej drodze wymagającej stosowania techniki hakowej (droga Wachowicza) wydarzył się groźny wypadek taternicki. Wspinający się jako drugi 25-letni Janusz T. z Krakowa, pokonując ostatni okap, pośliznął się na mokrej płycie i wyrywając nit zawisł w powietrzu. Przed uduszeniem uratował go szeroki pas wspinaczkowy. Huśtając się na linie, dotarł do skały, na której znalazł niewielki stopień.
Do oczekującego w niezmiernie niewygodnej pozycji taternika, zjechał w szelkach Grammingera Eugeniusz Strzeboński, i zwiózł go 260 m, do podnóża ściany. Jego towarzysz, znajdujący się nad okapem, wyciągnięty zastał do góry.
Obaj taternicy, cali i zdrowi, o własnych siłach zeszli do schroniska.


12 sierpnia - Ratownicy sprowadzili do Murowańca 19-letnią Elżbietę M, z Lublina, która wraz z towarzyszem utknęła na stokach Pośredniej Turni. Oboje byli w Tatrach po raz pierwszy. Zgubiwszy we mgle i padającym gradzie ścieżkę, zmarznięci i osłabieni, zawezwali pomoc. Ratownicy odnaleźli ich zaledwie kilka metrów od ścieżki. Elżbieta M. odzyskała siły dopiero po wypiciu gorącej herbaty zażyciu środków uspokajających.

15 sierpnia - Ratownicy zostali wezwani do Doliny Pięciu Stawów, gdzie w trakcie schodzenia z Koziego Wierchu I5-letnia Joanna P. z Warszawy doznała kontuzji kolana. Jak się okazało w schronisku, turystka cierpi na nawykowe zwichnięcie stawu kolanowego, które po odpowiednich zabiegach mija po kilku godzinach. Wezwanie GOPR tłumaczyła koniecznością... zdążenia na kolację w domu wczasowym.

17 sierpnia - Wspinający się pn. ścianą Zadniego Mnicha 21-letni Jerzy K. z Chodzieży poruszył luźny blok skalny, z którym odpadł z pierwszego wyciągu na piargi i doznał obrażeń głowy oraz złamania prawej ręki. Ze względu na poważne urazy akcja przebiegała bardzo szybko. Od momentu alarmu do chwili zniesienia rannego do karetki pogotowia, która przybyła do schroniska, minęło zaledwie 3,5 godz. W akcji bardzo dopomogli taternicy, koledzy rannego.

21 sierpnia - Ratownicy zaalarmowani zostali wiadomością, iż na progu Dol. Litworowej w masywie Czerwonych Wierchów słychać wołanie o pomoc. Jak się okazało, dwóch młodych grotołazów wybrało się poprzedniego dnia na poszukiwania jaskiń. Byli to 19-letni Zbigniew B. i 23-letni Andrzej W. z Łazów. Nie posiadając sprzętu taternickiego i dysponując znikomym pojęciem o topografii, grotołazi weszli w eksponowany próg Litworowej, gdzie spędzili noc. Nazajutrz nie mogąc wydostać się z pułapki - zaczęli wzywać pomocy. Ich wołanie usłyszeli turyści, którzy powiadomili GOPR. Jednocześnie zaniepokojeni ich losem koledzy wyruszyli na poszukiwania. Słysząc wołanie o pomoc dotarli nad próg i zrzucili linę grotołazom. W chwili wydobywania ich z matni nadeszli ratownicy.

26 i 30 sierpnia - W Sanktuarium Kazalnicy trwała niezmiernie trudna akcja ratunkowa. Dwóch taterników, sympatyków warszawskiego koła K. W., wybrało się na skrajnie trudną drogę do Sanktuarium. W kluczowych trudnościach drogi idący jako drugi 21-letni Hubert Hankiewicz z Łodzi obsunął się, zawisając w powietrzu, asekurowany przez towarzysza, 22-letniego Andrzeja P. z Warszawy. Na skutek niezrozumiałych manipulacji z liną, wykonywanych prawdopodobnie w stanie silnego szoku, Hankiewicz odpada po raz drugi, w czasie usiłowania wyjścia do towarzysza. Skrzyżowane na piersiach szelki powodują gwałtowny ucisk szyi i momentalną śmierć. Andrzej P wzywa pomocy.
Akcja ratunkowa odbyła się za pomocą dwóch zjazdów, długości ok. 250 m w szelkach Grammingera. poczynania ratownicze utrudniał b. kruchy teren, wyjątkowa ekspozycja, wreszcie ulewny deszcz i wichura. Zjazdy przez tzw. ściek Sanktuarium uznali ratownicy za trudniejsze i bardziej ryzykowne, aniżeli znacznie dłuższe zjazdy ścianą Kazalnicy.

8 września - W czasie wspinaczki południową ścianą Zamarłej Turni uderzony został kamieniem w głowę 24-letni Witold N. z Katowic. Z objawami wstrząsu mózgu odtransportowany został do szpitala.

11 września - Pod wierzchołkiem Giewontu poruszony przez nieostrożnych turystów kamień ugodził w głowę niemieckiego turystę, 40-letniego Feliksa R. z Drezna. Do rannego dotarł bardzo szybko ratownicy, pełniący w tym rejonie dyżur patrolowy, i udzielił mu pierwszej pomocy.

15 września - Schodząc percią z Hińczowej Przełęczy, na stronę Morskiego Oka, 22-letni Julian T. z Wrocławia pomylił drogę i z Wielkiej Galerii Cubryńskiej zaczął schodzić do Małego Kotła Mięguszowieckiego. Utknął w terenie bardzo kruchym i eksponowanym, skąd zaczął wzywać pomoc.
Istniały duże trudności z ustaleniem miejsca, skąd dochodziło wzywanie pomocy, a także - ze względu na ciemności i niezwykle kruchy teren - z dotarciem do przemarzniętego turysty, którego wyprowadzono na Wielką Galerię Cubryńską, a następnie sprowadzono do schroniska.

18 września - Na trzecim wyciągu drogi Świerza na północnej ścianie Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego 25-letni Aleksander Ratajczak z Poznania, chwyciwszy się ruchomego bloku skalnego, runął ok. 40 metrów i poniósł śmierć na miejscu. Jego towarzysz, Wojciech M. również z Poznania, nie odniósł w czasie wypadku towarzysza żadnych poważniejszych obrażeń.

W tym samym dniu, schodząc z Zawratu, pośliznęła się na oblodzonym kamieniu 25-letnia turystka z Łazów Józefa W. Niefortunna turystka doznała poważnego złamania podudzia.

Krystyna Sałyga

Data utworzenia: 27/10/2008 : 10:24
Ostatnie zmiany: 27/10/2008 : 16:36
Kategoria : Kroniki TOPR
Strona czytana 653 razy


podglšd wydruku podglšd wydruku     Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze


Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!


Turystyka Taternictwo

Zamknij Historia Taternictwa

Ratownictwo historia

Zamknij Kroniki TOPR

Galerie
^ Góra ^