Kroniki TOPR - Kroniki 1974-1975

Miniona zima 1974/1975 była ciepła i mało śnieżna. Dopiero duże opady z marca i kwietnia utrzymały pokrywę śnieżną aż do maja. Z punktu widzenia ratowniczego nie była to zima ciężka. Doskonale utrzymane trasy narciarskie (po raz pierwszy konserwacją i utrzymaniem tras zajął się COSTiW) zdecydowanie wpłynęły na małą liczbę kontuzji narciarskich na Kasprowym Wierchu. Również dobre warunki taternickie w pełni zimy (sucha skała, dużo śniegu w żlebach i depresjach) spowodowały - być może - niewielką ilość wypadków. Trzy razy ogłoszony był tej zimy alarm lawinowy.

Ratownicy interweniowali łącznie 750 razy.
Przeprowadzono 25 wieloosobowych wypraw ratunkowych
zwieziono z gór 317 narciarzy
zniesiono 3 zabitych ł zmarłych
l osoba zmarła w szpitalu w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku górskim.

Wyjątkowo małą ilość wypraw ratunkowych tłumaczy możliwość o użycia śmigłowca znajdującego się w Zakopanem (marzec 1975), dzięki któremu wiele poważnych interwencji skrócono do kilkunastu minut akcji ratunkowej. Śmigłowiec Mi-2 w Zakopanem - własność krakowskiego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego - traktowany był jako eksperyment, mający na celu zbadanie możliwości wykorzystania w ratownictwie tatrzańskim. Niezależnie od lotów na wezwanie GOPR ze śmigłowca korzystał Zakopiański Zespół Opieki Zdrowotnej.
Łącznie w wypadkach górskich korzystano ze śmigłowca 56 razy, co stanowiło 70°/o wszystkich lotów odbytych w marcu. W większości transportowano kontuzjowanych narciarzy, interweniowano również w kilku wypadkach turystycznych i taternickich. Podczas akcji poszukiwawczej w rejonie Morskiego Oka (22 III) śmigłowiec wylądował na morenie przy schronisku, zatrzymał się nad wierzchołkami Mnicha, Mięguszowieckiego, Kazalnicy, Rysów, buli pod Rysami oraz Żabim Szczytem Niżnim. Zbadano też możliwości zrzutu ludzi i sprzętu w razie akcji w tamtych rejonach.
Wszyscy ratownicy zawodowi oraz niektórzy ochotnicy zapoznali się z możliwościami śmigłowca w górach i przeszli specjalne szkolenie, zorganizowane przez pilotów.
Obecnie wszyscy ratownicy umieją wybrać i przygotować lądowisko, "przyjąć" śmigłowiec, załadować ofiarę, a w razie potrzeby - za pomocą zjazdu - opuścić stojącą 25 m nad ziemią maszynę. Przećwiczono też możliwość wciągnięcia ludzi z ziemi do śmigłowca oraz przeniesienie ładunku na wyznaczone miejsce. W marcu tylko jeden raz (30 III) pogoda uznana została jako "nielotna".
13 kwietnia na Kalatówkach, podczas spotkania Ministra Zdrowia z ratownikami GOPR i lekarzami współpracującymi z GOPR, omówiono dokładnie marcowe doświadczenia. Jednomyślnie stwierdzono, że śmigłowiec jest w Zakopanem bardzo potrzebny, a budowa filii Lotnictwa Sanitarnego pod Giewontem powinna stać się sprawą miesięcy.
Obok śmigłowca, drugą ciekawostką w Grupie Tatrzańskiej GOPR był pierwszy czworonożny ratownik w Tatrach Polskich. W jesieni 1974 r. Grupa Tatrzańska zakupiła młodego owczarka niemieckiego, imieniem "Cygan", szkolonego do poszukiwań zasypanych śniegiem. Opiekunem i nauczycielem "Cygana" jest Józef Uznański, który bezustannie prowadzi z psem coraz to trudniejsze ćwiczenia. "Cygan" wraz ze swym panem uczestniczył w kursie lawinowym w Tatrach Słowackich, na którym spisał się doskonale, otrzymując dyplom psa lawinowego.



A oto ważniejsze akcje:

22 X - w godzinach popołudniowych, na skutek gwałtownego nasilenia halnego wiatru, wstrzymany został ruch kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Na Kasprowym Wierchu pozostało ok. 300 pasażerów, którzy - pod opieką przewodników - zdecydowali się zejść na Halę Gąsienicową, skąd samochody GOPR przewoziły turystów do Zakopanego. Pomimo głębokiego śniegu na trasie, wszyscy dotarli do "Murowańca" cali i zdrowi. Na Kasprowym nocowali tylko starsi, niezdolni do schodzenia pasażerowie oraz małe dzieci.

23 X - spod kopuły szczytowej Giewontu, na skutek oblodzenia, spadła 50-letnia Halina P. z Piastowa, doznając licznych, choć niezbyt groźnych okaleczeń.

23 X - spod Iwaniackiej Przełęczy obsunęła się po oblodzonym stoku 33-letnia Ewelin B. z NRD, doznając poważnej kontuzji głowy.

3 i 4 XI - w Tatrach Zachodnich poszukiwano dwóch taterników Marka H. i Dariusza N. z Warszawy, którzy nie powrócili w planowanym terminie z przejścia grani od Kasprowego Wierchu do Wołowca. Fatalne warunki pogodowe, opad mokrego śniegu, wichura i gęste mgła sprzyjały możliwości wypadku. Alarm okazał się zbędny. Taternicy w namiocie przeczekiwali niepogodę, tkwiąc na stokach Ciemniaka trzy noce.

3 XI - znad Zielonego Stawu Gąsienicowego sprowadzono wyczerpanych turystów Piotra W. Z Jasła i Witolda S. Z Krakowa. Turyści zbłądzili podczas schodzenia z przełęczy Karb.

17 XI- spod Czarnego Stawu nad Morskim Okiem spadła kilkaset metrów o oblodzonym stoku 48-letnia Janina C. Krakowa, doznając licznych obrażeń.

25 XII - w późnych godzinach wieczornych do schroniska przy Morskim Oku dotarli dwaj taternicy ze Szczecina, Jerzy B. i Lech K., powiadamiając ratownika dyżurnego, że pod wierzchołkiem Żabiego Szczytu Niżniego pozostał ich trzeci towarzysz, który nie mógł pokonać ostatnich trudności drogi filaru. Jak okazało się na miejscu, trudności te taternicy pokonali tzw. "żywą drabiną", tj. korzystając z pleców trzeciego taternika Leona P., również ze Szczecina. Następnie obaj taternicy wyszli na szczyt, odległy o wyciąg liny, nie troszcząc się zbytnio o „żywą drabinę”, pozostawioną pod uskokiem. Leon P. nie był sam w stanie pokonać uskoku, a skośnie biegnąca lina nie pozwalała na sztywną asekurację. Taternika wyciągnięto do góry całego i zdrowego.

26/27 XII - z zachodu Niżnich Rysów sprowadzono do schroniska 27-letnią Marię B. i 23-letniego Jacka J. z Krakowa, których zaskoczyła noc po ukończeniu wspinaczki pd.-zach. ścianą. Nie przygotowany biwak w zamieci śnieżnej i groźbie lawin mógł skończyć się tragicznie. Taternicy wezwali pomoc.

29 XII - spod Wołowa obsunął się po oblodzonym zboczu ok. 200 m 24-letni Marek K. z Kalisza. Prócz licznych skaleczeń i potłuczeń doznał on złamania żeber.

31 XII - na skutek przemarznięcia i wyczerpania zmarła na nieprzygotowanym biwaku na stokach Małołączniaka 21-letnia Elżbieta Kielichowska z Nowego Sącza. Była ona uczestniczką 8-osobowej wyprawy grotołazów z Krakowa. Grotołazi pobłądzili we mgle podczas schodzenia z Jaskini Wielkiej Litworowej i zdecydowali się na biwak w jamie śnieżnej. Nazajutrz wyruszyli po pomoc dla umierającej koleżanki, jednakże do schroniska na Przysłopie Miętusim dotarł tylko Krzysztof K. Pozostali podczas schodzenia osłabli do tego stopnia, że nie byli w stanie iść o własnych siłach. Wojciech D., Jerzy K., Tadeusz W. - wszyscy z Krakowa - przetransportowani zostali do szpitala z poważnymi odmrożeniami kończyn.

31 XII - w Jaskini Czarnej, na trawersie tzw. Szmaragdowego Jeziora, odpadł i złamał nogę 19-letni Piotr L. z Krakowa. Ze względu na poważną kontuzję oraz trudności techniczne transport rannego korytarzami jaskini był trudny. 20 ratowników i grotołazów powitało Nowy Rok w Dolinie Kościeliskiej, podczas transportu rannego od otworu Jaskini na Halę Pisaną, gdzie oczekiwał samochód.

4 I 1975 - w dol. Cichej i na grani Tatr Zachodnich poszukiwano 24-letniego Andrzeja W. z Krakowa, który dnia poprzedniego wyszedł z Kasprowego Wierchu z zamiarem dojścia granią do przełęczy pod Kopą Kondracką. Jak się okazało, turysta zbłądził w rejonie Suchego Kondrackiego Wierchu i zeszedł do Dół. Cichej. Pomimo nocy spędzonej w lesie, turysta szczęśliwie dotarł do Tomanowej Przełęczy, a stamtąd - niemal równocześnie z ratownikami idącymi jego śladami widniejącymi w śniegu - do schroniska na Hali Ornak.

12 II - wybrała się na Rysy 19-letnia Barbara Z. z Dąbrowy Górniczej. Turystka miała na butach "raki", nie posiadała jednak czekana. Mniej więcej w połowie "rysy" potknęła się, prawdopodobnie zahaczając rakiem o rak i zaczęła zsuwać się po twardym, oblodzonym stoku. Po kilkudziesięciu metrach spadająca potrąciła dwie turystki niemieckie, które również runęły w dół. Jedna zdołała się zatrzymać, hamując rękami. Druga - Karola N. z Lipska, spadła aż nad Czarny Staw, doznając poważnych obrażeń głowy. Sprawczyni wypadku Barbara Z. złamała obie nogi.

12 II - w godzinach popołudniowych ze wschodniej ściany Mnicha dobiegło wzywanie pomocy. Jak okazało się na miejscu, taternik z Sopotu, 22-letni Zbigniew K., pokonując wschodnią ścianę Mnicha drogą Stanisławskiego, odpadł na trawersie poniżej "półek". Udało mu się dotrzeć do stopieńka, na którym stanął, a następnie - za pomocą pętli - wydostał się na półki, skąd sprowadzili go ratownicy. Na podkreślenie zasługuje postawa drugiego w zespole - 29-letniego Jerzego J. z Warszawy, który ani na chwilę nie stracił głowy i dopomógł niefortunnemu towarzyszowi wydostać się cało z niełatwej opresji.

16 II - podczas wspinaczki filarem Mięguszowieckiego Szczytu odpadł taternik Andrzej M. z Gliwic, doznając stłuczenia kości ogonowej. Taternik sam dotarł do schroniska, skąd przewieziony został do szpitala.

25 II - w późnych godzinach wieczornych ratownik dyżurny przy Morskim Oku - Jan Gąsienica Roj - powiadomiony został, że dwaj turyści niemieccy, zaskoczeni przez zapadające ciemności, zamierzają biwakować na Wielkiej Galerii. Cubryńskiej. Ze względu na wyjątkowy mróz (-22°) i porywisty wiatr, ratownik dyżurny zdecydował się wyjść z pomocą. Turyści Volkmar i Uwe Klaussowie (ojciec i syn) z NRD znajdowali się w płytkiej jamie śnieżnej i choć ubrani byli nienajgorzej, przetrwanie nocy w tych warunkach byłoby problematyczne. Dopiero po wypiciu gorącej herbaty Niemcy zdolni byli do schodzenia, oczywiście solidnie ubezpieczani liną. Do schroniska wyprawa powróciła dopiero nazajutrz około godz. 8 rano.

15 III - ratownicy zaalarmowani zostali wiadomością, że "w szczelinie skalnej po północnej stronie grani Giewontu" znajduje się 7-letni chłopiec, pozostawiony tam przez swego stryja. Dziecko spędziło w górach noc i jest nieprzytomne. Jak się okazało 36-letni Zbigniew K. z Warszawy wybrał się poprzedniego dnia na Giewont, zabierając ze sobą 7-letniego bratanka. Prawdopodobnie osiągnęli szczyt w godzinach wieczornych, skąd - przez zbłądzenie i nieznajomość terenu - zaczęli schodzić na północną stronę, w żleb Kirkora. W zapadających ciemnościach dziecko zaczęło słabnąć i tracić przytomność. Na półce skalnej, tuż nad progami, turyści przesiedzieli noc. Rano Zbigniew K. pozostawił nieprzytomne dziecko na półeczce, a sam - kierując się własnymi śladami widniejącymi w śniegu - dotarł na Kondratową po pomoc.
Dzięki błyskawicznej akcji śmigłowca, pilotowanego przez kpt. Tadeusza Augustyniaka, który - mimo halnego wiatru wywiózł ratowników w szczytowe partie Giewontu, udało się szybko odnaleźć małego Dariusza, nie zasypanego jeszcze padającym śniegiem. Otulony w puchową odzież został przeniesiony do śmigłowca i przewieziony do szpitala. Zdaniem lekarza o życiu dziecka decydowała godzina. Wystarczy stwierdzić, że oziębienie ciała Dariusza było tak wielkie, że dopiero nazajutrz udało się zmierzyć temperaturę - na termometrze brakowało skali.
Dzięki śmigłowcowi akcja ratunkowa skrócona została o 3-4 godziny, można więc przypuszczać, że chłopiec zawdzięcza swe życie maszynie.

15 III - podczas schodzenia z Rysów do Morskiego Oka spadł taternik z Gdańska, 25-letni Ryszard Bylec. Kilkumetrowy lot zakończył się tragicznie. Bylec zmarł zanim dotarła pomoc.

15 III - W Dolinie Małej Łąki u wylotu Zagonnego Żlebu złamał nogę narciarz z Zakopanego, 18-letni Ryszard W. Akcja ratunkowa prowadzona za pomocą śmigłowca, trwała 20 minut.

15 III - spod Żółtej Turni sprowadzono samotnego turystę, 23-letniego Michała J. z Warszawy, który wybrał się z Głodówki przez Wierch Poroniec, Rusinową Polanę, Gęsią Szyję i Waksmundzką Polanę - na Halę Gąsienicową. Turysta był w Tatrach pierwszy raz w życiu i szlak powyższy wyszukał na mapie. Na skraju dol. Pańszczycy zaczął błądzić. Dubrawiskami usiłował iść w górę, zapadając się po pas w śniegu, aż osłabł zupełnie. Jego słabe wołanie o pomoc - szczęśliwym zbiegiem okoliczności - usłyszeli turyści, którzy powiadomili GOPR na Hali Gąsienicowej.

23 III - pięciu taterników wyruszyło z Morskiego Oka z zamiarem wyjścia na Hińczową Przełęcz żlebami przez Mały Kocioł Mięguszowiecki i Wielką Galerię Cubryńską. W momencie, gdy cała piątka dochodziła do Wielkiej Galerii, ruszyła niewielka, lecz bystra lawina śnieżna, porywając dwóch taterników. Obaj przelecieli przez Mały Kocioł i dalej, przez próg, aż na brzeg Morskiego Oka, przebywając drogę ponad 500 metrów!
Do akcji ratunkowej wezwano śmigłowiec, który wraz z lekarzem wylądował tuż obok rannych taterników. O godz. 14,10 dyżurny ratownik w Morskim Oku otrzymał meldunek o wypadku, a już o 15,30 obaj taternicy znajdowali się w szpitalu. Mimo tak szybkiej pomocy udało się utrzymać przy życiu tylko 24-letniego Ryszarda W. z Sanoka. Jego towarzysz, 18-letni Andrzej Smól z Katowic, zmarł w szpitalu w wyniku poważnych obrażeń głowy.

28 III - dwaj taternicy porwani zostali przez lawinę śnieżną nad progami Żlebu Kirkora. Spadli aż do Małej Dolinki. Jeden z taterników wyszedł z wypadku cało i pobiegł zawezwać pomoc. Drugi - 21-letni Wiesław S. z Krakowa doznał bardzo poważnych obrażeń (złamanie podstawy czaszki, podejrzenie urazu kręgosłupa, ogólne potłuczenia).
Ze względu na huraganowy wiatr i mokry, głęboki śnieg, zawezwany śmigłowiec nie mógł wylądować w Małej Dolince. Udało się jednak zrzucić ratowników i sprzęt ok. 20 metrów od rannego, a tym samym przyspieszyć znacznie akcję ratunkową. W ciągu 10 minut ranny przetransportowany został na Polanę Strążyska, skąd śmigłowcem do szpitala.

9 IV - podczas schodzenia z Wołowej Turni spadł na pn. stronę 30-letni Jan M. z Karlowych Varów. Taternik złamał nogę i nie był w stanie wyjść do góry do swego towarzysza Jerzego P. Zaczął więc czołgać się w kierunku Morskiego Oka. Noc zastała go na Czarnym Stawie, Po prowizorycznym biwaku usiłował kontynuować schodzenie, jednakże opuchnięta noga dokuczała znacznie bardziej aniżeli poprzedniego dnia. Tam napotkał go patrol ratowniczy.

10 V - na Hali Gąsienicowej zmarł narciarz, 63-letni Tadeusz Szuch z Warszawy. Przyczyną okazał się zawał mięśnia sercowego.

11 V - z grani Banistych Turni spadł na stronę Pysznej 23-letni turysta czeski Otakar L. z Pragi, doznając poważnych obrażeń głowy. Przyczyną blisko 300 metrowego spadku było pęknięcie nawisu śnieżnego. Do akcji ratunkowej zawezwano z Krakowa śmigłowiec. Akcja ratunkowa trwała 22 minuty.


Lato 1975.

Pogodne niebo, dużo wymarzone warunki dla uprawiania turystyki i ratownictwa - tak można miniony sezon letni. Te właśnie warunki wpłynęły na wyjątkowo liczbę wypadków, mimo że ruch turystyczny był w Tatrach ogromny.

Dane statystyczne za miniony sezon przedstawiają się następująco:

ogółem interwencji (wszelkich) 429
wypraw ratunkowych i poszukiwawczych transportów ze schronisk 42
zabitych i zmarłych 4


ważniejsze interwencje Grupy Tatrzańskiej GOPR z pominięciem wypadków złamań nóg, potłuczeń i mniejszych.

4 czerwca spod Krzyżnego sprowadzono do Dol. Pięciu Stawów grupę uczestników rajdu Biura Projektów Okrętów Morskich, którzy - ze względu na oblodzenie utknęli w zejściu.

4 i 5 czerwca poszukiwano w Tatrach Zachodnich samotnego turysty, 40-letniego Czesława M. z Krakowa, który nie powrócił z wycieczki na Błyszcz. Jak się okazało turysta zbłądził we mgle i zeszedł na stronę czechosłowacką.

12 czerwca na Miedzianem utknął 30-letni Józef K. z Korzęcina który wybrał się na Grań od Przełęczy Szpiglasowej. Przypuszcza się, że był to szok wywołany ekspozycją. Z pomocą ratowników turysta zeszedł do schroniska o własnych siłach.

21 czerwca niemal równocześnie wydarzyły się dwa wypadki: 22-letnia Ewa W. z Wrocławia schodząc Żlebem Kulczyńskiego spadła kilka metrów, doznając licznych obrażeń, a 22-letni Edward T. z Gdańska złamał nogę schodząc z Zawratu do Zmarzłego Stawu. Rannych przetransportowano do szpitala śmigłowcem, który - po raz pierwszy - wylądował w Koziej Dolince.

22 czerwca, podczas schodzenia Koziej Przełęczy do Dół. Pustej, spadł z klamer 19-letni Krzysztof S. z Krakowa. Ten groźny wypadek zakończył się dość szczęśliwie. Liczne obrażenia ciała i skaleczenia głowy okazały się niezbyt groźne. Rannego przetransportowano do szpitala śmigłowcem.

23 czerwca w rejonie Rysów poszukiwano 24-letniego Jana S. z Łodzi, który nie wrócił do miejsca zamieszkania w planowanym terminie. Alarm okazał się zbędny. Turysta odnalazł się w... Łapszach Niżnich.

22 czerwca na pd. stokach Wołowca ratownicy H. S. Zachodnie Tatry odnaleźli szczątki ludzkie oraz dokumenty na nazwisko Jacek Pyszczek. Były to zwłoki turysty, który wyszedł w góry 21 lipca 1974 r i mimo długotrwałych poszukiwań - nie został odnaleziony. Przypuszcza się, że Pyszczek schodząc z Wołowca we mgle i zamieci śnieżnej (jaka panowała w dniu jego ostatniej wycieczki) zabłądził i spadł po trawach i skałach na stronę Dol. Smutnej, ponosząc śmierć.

4 lipca z Dół. Pięciu Stawów transportowano śmigłowcem 22-letnią Ewę K. z Gdyni z objawami wstrząsu mózgu.

12 lipca, schodząc z Granackiej Przełęczy na szlaku Orlej Perci, pośliznęli się na śniegu i spadli żlebem do Dol. Pańszczycy małżonkowie Anneliese i Wolfgang K. z NRD. Świadkiem wypadku był syn K., 14-letni chłopiec, który powiadomił GOPR na Hali Gąsienicowej. Podczas spadania po skałach i stromym śniegu kobieta doznała licznych ran głowy, mężczyzna - otwartego złamania podudzia. Ze względu na obfite krwawienie stan mężczyzny wymagał pośpiechu. Oboje przetransportowano do szpitala śmigłowcem, który wylądował w Dol. Pańszczycy. Pomimo poważnych obrażeń państwo K. mieli wiele szczęścia. W tym samym miejscu zdarzały się już podobne wypadki, wszystkie zakończone tragicznie.

12 lipca przewieziono śmigłowcem z Dół. Pięciu Stawów do szpitala 17-letnią Barbarę D., która w wyniku upadku poważnie skaleczyła głowę.

16 lipca, podczas pokonywania "diretissimy" Kazalnicy obsunął się 24-letni Tadeusz K. z Poznania, doznając kontuzji prawego kolana. Z pomocą towarzyszy wycofał się zjazdami ze ściany, a od Czarnego Stawu zeszedł do schroniska przy pomocy żołnierzy WOP. 18 lipca, podczas pokonywania grani Kościelca, odpadła - prawdopodobnie pośliznąwszy się na śliskiej skale  20-letnia Monika Staronka z Krakowa. 30-metrowy spadek zakończył się tragicznie. Taterniczka zmarła na skutek licznych urazów.

21 lipca wyszedł w góry 18-letni Krzysztof R. z Krakowa, oznajmiając rodzicom, że zamierza odnaleźć otwór Jaskini Czarnej w Dol. Kościeliskiej. Gdy chłopiec nie wrócił wieczorem, zaniepokojeni rodzice wszczęli alarm. Poszukiwania prowadzone początkowo w Dół, Kościeliskiej stopniowo objęły rejon Czerwonych Wierchów, a nawet Giewontu i Dół. Małej Łąki. Do akcji wezwano śmigłowiec. O zaginięciu powiadomiono WOP, MO i czechosłowacką Górską Służbę. 23 lipca w godzinach wieczornych, do Stacji Centralnej GOPR nadeszła wiadomość, że przy otworze Szczeliny Chochołowskiej znajduje się plecak, przypominający plecak zaginionego. Natychmiast wyruszyła do Szczeliny wyprawa, czwarta już z kolei. Był to istotnie plecak Krzysztofa R., który - jak się okazało - 21 lipca, ok. godz. 14 wszedł do Szczeliny Chochołowskiej upuścił latarkę. Próby odnalezienia zbawczego światła nie powiodły się. W zupełnych ciemnościach chłopak usiłował odnaleźć wyjście z jaskini, ale - jak się okazało później - posuwał się w głąb. Wreszcie usadowiony na sporym bloku skalnym, który (jak wydawało się w ciemności) znajdował się nad przepaścią, zaczął długie godziny oczekiwania na ratunek. W chwili, gdy dotarli do niego ratownicy, mijała 57 godzina pobytu Krzysztofa R. w jaskini. Chłopak był zszokowany, lecz przytomny. Od pewnego czasu nie odczuwał zimna, choć był całkowicie przemoknięty, ani też głodu. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo znajdował się w jaskini, wierzył, że zostanie odnaleziony. Po podaniu odpowiednich leków był w stanie iść o własnych siłach. Został przetransportowany do szpitala, gdzie przebywał kilka dni.

29 lipca w Dol. Białego odłączył się od rodziców 7-letni Jacek S, z Wrocławia. Ratownicy odnaleźli go na Skoczni. Istniały pewne trudności z oddaniem dziecka rodzicom, gdyż Jacek nie miał ochoty opuszczać samochodu GOPR, który bardzo mu się spodobał.

30 lipca spod Siwej Przełęczy spadł turysta. Wypadek nastąpił podczas fotografowania stadka kozic. 46-letni Józef D. z Komorowic spadł niemal na brzeg Siwego Stawu, odnosząc poważne obrażenia głowy.

2 sierpnia gwałtowna burza zaskoczyła wielu turystów w górach. Podczas schodzenia z Giewontu, na klamrach, porażony został piorunem 18-letni Piotr Ch. z Otwocka. Pomimo oparzeń całej lewej części ciała sam zszedł na przełęcz w Grzybowcu, gdzie napotkali go ratownicy.

Drugą ofiarą burzy na Giewoncie była 23-letnia Jolanta W. z Wrocławia, która na skutek uderzenia pioruna spadła kilka metrów, raniąc głowę. Burza wywołała panikę wśród turystów, jednakże - szczęśliwie - obyło się bez poważniejszych wypadków.

5 sierpnia w żlebie spadającym z Białczańskiej Przełęczy Wyżniej do Dół. Stawów Białczańskich, poniosła śmierć 21-letnia Joanna Glinka z Warszawy. Turystka runęła w dół w wyniku pośliźnięcia się na mokrej trawie.

10 sierpnia dwaj młodzi turyści usiłowali zejść ze Świnicy pn.-wschodnim żlebem. W dolnych partiach eksponowanego progu 23-letni Władysław H. ze Słubic odmówił dalszego schodzenia. Zszokowany pozostał na niewielkim występie skalnym, podczas gdy jego towarzysz szczęśliwie zszedł na piargi i sprowadził pomoc z Murowańca.

12 sierpnia kamienie spadające z Buli pod Rysami poważnie raniły 14-letniego Bridowa F. Z NRD. Chłopiec znajdował się na ścieżce poniżej kamieni i przyglądał innej lawinie, wywołanej zresztą z idących wyżej turystów.

15 sierpnia w głównych trudnościach drogi Momatiuka na Kazalnicy odpadła Ewa P. z Wrocławia. Pomimo niełatwej akcji i - zrozumiałego w pierwszej chwili - szoku, zarówno Ewa P., jak i jej partner Jacek B. z Łodzi zachowali się z godną podziwu rozwagą. B. Dociągnął taterniczkę do stanowiska asekuracyjnego, następnie - po odpoczynku - oboje wycofali się szczęśliwie ze ściany zjazdami. Pomoc GOPR ograniczyła się do oświetlenia ściany, co umożliwiło zjazdy w nocy.

16 sierpnia, podczas trawersowania Zamarłej Turni, zgubił Orlą Perć 20-letni Ludomir D. z Wrocławia. Usiłując zejść na Zmarzłą Przełęcz spadł kilka metrów, doznając licznych i poważnych obrażeń, jak złamanie miednicy, uszkodzenie nerek, rany tłuczone głowy i in. Ze względu na rannego transport należał do trudnych.

19 sierpnia, na skutek załamania pogody, zimna i ulewnego deszczu, w górnej partii filara Kazalnicy utknęli dwaj taternicy czechosłowaccy, Jan P. i Jaroslav R. Z miejscowości Mlada Boleslav. W godzinach wieczornych wezwali pomocy, nie mogąc pokonać ostatnich, skrajnie trudnych partii drogi. 20 sierpnia rano obaj taternicy zostali wyciągnięci na szczyt, i o własnych siłach zeszli do schroniska. Utkniętych transportował w szelkach Grammingera Czesław Gąsienica Bednarz, a całą akcją kierował Maciej Gąsienica.

21 sierpnia w Dolinie Małej Łąki, schodząc drogą upadła 23-letnia Elżbieta Warszawy. Padając uderzyła głową o kamienie, jednakże natychmiast wstała i schodziła dalej. Po kilku minutach poczuła się źle, a następnie straciła przytomność. Pozornie błaha kontuzja sitowy okazała się poważna. Nieprzytomną turystkę przewieziono do szpitala.

29 sierpnia na ścieżce wiodącej na Świnicę upadła i złamała nogę w kostce 76-letnia Zofia F. z Warszawy. Leciwa już turystka wybierała się na Świnicę i dalej na Zawrat, a zdaniem współtowarzyszy poczynała sobie znakomicie na niełatwej przecież ścieżce.

l września na ścieżce wiodącej od tamy na Nosal zasłabł 55-letni Ryszard Prochacki z Gdańska. Pomimo zabiegów reanimacyjnych turysta zmarł w wyniku zawału mięśnia sercowego.

4 września w rejon Jarząbczego Wierchu wyruszył patrol ratowniczy, zaalarmowany meldunkiem, że w tamtym rejonie słyszano wyraźnie kobiecy głos, wołający "ratunku". Dokładna penetracja wykazała, że sprawcą alarmu był... puszczyk.

4 września na wierzchołku Kozich Czub zabity został piorunem 55-letni Witold Wojciszek z Łodzi. W chwili uderzenia pioruna turysta trzymał się żelaznego łańcucha, co - być może - spowodowało porażenie. Wypadek nastąpił w wyniku pojedynczego uderzenia pioruna, bez deszczu, a także bez charakterystycznych objawów zbliżającej się burzy.

5/6 września na Orlej Perci poszukiwano Zbigniewa M. z Katowic, który nie wrócił z wycieczki na Granaty. Jak się okazało, turysta nocował nad Czerwonym Stawkiem w Dol. Pańszczycy, zaskoczony przez ciemności.

29/30 września poszukiwano w rejonie Wołowca 21-letniego Piotra S. z Poznania, który nie powrócił z wycieczki w tamten rejon. Jak się okazało, turysta postanowił wejść na Rohacze, a nie znając drogi powrotnej, błądził przez całą noc w Dol. Jamnickiej.

Krystyna Sałyga

Data utworzenia: 27/10/2008 : 19:36
Ostatnie zmiany: 27/10/2008 : 19:36
Kategoria : Kroniki TOPR
Strona czytana 462 razy


podglšd wydruku podglšd wydruku     Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze


Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!


Turystyka Taternictwo

Zamknij Historia Taternictwa

Ratownictwo historia

Zamknij Kroniki TOPR

Galerie
^ Góra ^